niedziela, 13 sierpnia 2017

37. Rudzik

Gdy zegar wybił godzinę za piętnaście szóstą zerwał się szybko z łóżka. Odkąd tu mieszkał, a nie było to wcale tak długo, codziennie podziwiał przez okno ocean. Mimo, że nie był to ten sam ocean, który mógł podziwiać w Jump City, to jednak czuł od niego ten sam spokój. Oczywiście pod warunkiem, że był w domu sam. I zwykle o tej godzinie tak było. Bo jego współlokator o godzinie szóstej albo spał albo imprezował. Ewentualnie spał tam, gdzie imprezował. Jednak dzisiejszego dnia było inaczej. Gdy on wpatrywał się w wolno kołyszący się ocean, drzwi otworzyły się z hukiem. Nie ruszyło go to specjalnie, bo Danilo - jego współlokator zwykle właśnie tak wchodził do mieszkania.
Mimo że z pewnością był pijany to wciąż wyglądał całkiem dobrze. Jego krótkie, ciemnobrązowe włosy były trochę rozczochrane, a zarost domagał się strzyżenia, ale w podsumowującym spojrzeniu nie wyglądał aż tak źle. Gdyby oczywiście przeoczyć puszkę piwa, którą gniótł w ręku.
- No cze, Raimundo! - przywitał się, zamykając drzwi. Chłopak odpowiedział mu gestem ręki. - Ty, mówiłeś, że czego nosisz te okulary?
W istocie chłopak miał na twarzy okulary przeciwsłoneczne. Prawda była taka, że przywykł do tego, że jego oczy są niewidoczne i nie chciał się odzwyczajać. Ale oczywiście nie mógł powiedzieć tego Danilo. Już nawet pominąwszy to, że ukrywa się tu przed mordercą jego przyjaciół i rodziny, więc musi być anonimowy - jego współlokator i tak by tego nie zrozumiał.
- Miałem operację zaćmy i lekarz kazał mi chronić oczy. - mówił po hiszpańsku, jednak słowo "zaćma" zastąpił angielskim odpowiednikiem, ponieważ kontakt z językiem hiszpańskim ograniczał się do tego, czego nauczył się w szkole będąc dzieckiem. Więc jego zasób słów nie był najlepszy. Na szczęście angielski w Sao Luis - gdzie właśnie przebywał - był dość popularnym językiem i Danilo nie zwracał uwagi na te angielskie wtrącenia.
Bilet, który otrzymał od przyszywanego brata zaprowadził go do stolicy Brazylii, Brasilii. Tam załatwił najważniejszą rzecz - korzystając z wpływowego nazwiska swojego adoptowanego ojca udoskonalił swój telefon komórkowy. Używając skomplikowanych funkcji mógł otworzyć mapę na której oznaczono 8 kolorowych punktów. Każdy z nich utożsamiał jego drużynę. Wiedział, że Damian nie poparł by tego, jednak by odciążyć się z wyrzutów sumienia, Robin uzupełnił telefon o zabezpieczenie głosowe oraz dotykowe. Bez odpowiednich słów i odcisku serdecznego palca lewej ręki, mapa nie otworzyłaby się. Zaraz po załatwieniu tej sprawy opuścił Brasilię, na wypadek, gdyby jakimś cudem Joker dotarł aż tu i dowiedział się, o jego wizycie. Przeniósł się do Sao Luis, z jednej strony dlatego, że był to kawałek drogi od Brasilii, a z drugiej strony miasto sąsiadujące z oceanem choć trochę pozorowało Jump City. Tam za pomocą pieniędzy otrzymanych od Damiana wynajął pokój poznając Danilo. Młody Brazylijczyk może był trochę zbyt gadatliwy, ale zadawał bardzo mało pytań i bardzo często wychodził z domu, co było Robinowi na rękę. Czasami Danilo trochę bardziej dopytywał, jednak tylko wtedy, gdy wracał z imprezy.
- Aha - mruknął rzucając puszkę na kuchenny blat. - W porzo z ciebie typ, Rai. - zmierzwił nieco włosy. - Ale jak chcesz rwać foczki to musisz pozbyć się tego amerykańskiego blondu ze swojej czupryny. Brazylijki wolą naszych, a w tej fryzurze wyglądasz jak jaka Zielona Latarnia - Robin przełknął ślinę słysząc nazwę jednego z superbohaterów. - Chętnie bym jeszcze pogadał, ale coś spać mi się chce. Branoc.
- Cześć - odpowiedział po czym usiadł na fotelu obok okna. Odczekał paręnaście sekund upewniając się, że Danilo nie wróci i wyjął z kieszeni bluzy komórkę. Przebrnął przez wszystkie ustawienia, informacje o urządzeniu, zaawansowane i inne typowe funkcje w telefonie, aż natrafił na opcję zatytułowaną "T". Nacisnął przycisk i przybliżając telefon do ust szepnął odpowiednią komendę. Na ekranie pojawił się odcisk palca do którego Dick przyłożył swój palec. System wyświetlił komunikat o poprawnym kodzie i uruchomił mapę. Jako jedyny spośród ośmiu bohaterów miał dostęp do takich danych. I tylko on znał położenie oraz nazwiska każdego z nich. Najpierw spojrzał na pomarańczową kropkę umiejscowioną w "Viroflay, Francja" jak wskazywał komunikat obok. Przybliżył kropkę i upewnił się, że nie ruszyła się z miejsca. Następnie przeniósł wzrok na położoną nie tak daleko od pomarańczowej, kropkę czerwoną w "Gelsenkirchen, Niemcy". Damian opuścił jaskinię jako ostatni, ale po długich namowach Robina zdradził mu, gdzie ląduje. Zapewne nie podejrzewał, że Dick będzie go w stanie łatwo namierzyć. Następną kropką była fioletowa. "Carlisle, Anglia". Później zielona; "Chestermere, Kanada". Czyżby Bestia postanowił trochę pozwiedzać? Kolejna kropka była o wiele dalej, bo w "Gold Coast, Australia". Niebieska kropka prawdopodobnie poszła poserfować, bo kierowała się w stronę oceanu. Żółta kropka; "Etajima, Japonia". Robin miał nadzieję, że Terra zdoła się porozumiewać po angielsku, bez wielkich kłopotów ze strony Japończyków. Na końcu spojrzał na różową kropkę w "Krasnojarsk, Rosja". Licząc wszystkie kropki (włącznie z czarnym krzyżykiem w "Sao Luis, Brazylia") odetchnął z ulgą. Sprawdzał codziennie czy wszystkie siedem kropek jest na swoim miejscu i profilaktycznie krzyżyk, w razie gdyby system nawalił. Zamknął aplikację i wstał, by przygotować się do pracy. A jutro znów zacznie dzień od spojrzenia na ocean i sprawdzaniu, czy wszystko poszło zgodnie z planem...


Chyba wyszło nieco krócej niż zwykle, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie <3